Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/anangka.na-kiedys.zagan.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
- No i bardzo dobrze - rzekła cicho.

wszystkim.

- No i bardzo dobrze - rzekła cicho.

może, na temat śmierci Joanne, i spełnił jej prośbę,
mogła przynajmniej odrzucić groteskę udawanej
Pat-ston dłubał w warsztacie przy starym fordzie
Zdający powinien:
znak, że ma połączenie, i zaczęła mówić.
- Inaczej - co?
- Kiedy usiłował położyć cię do łóżka, obrzuciłeś go
W poniedziałkowy poranek Tony Patston przerwał
Novak wyjął i włączył swój telefon.
Arkusz egzaminacyjny zawiera:
Chciała zacząć już, zaraz. Poszła do kuchni, w szafce
jeśli abstrahując od wyroku, nie miała cienia
Etap pisemny egzaminu
zaproponowała kawę.

zanim skończył osiemnaście lat. Lara nie miała złudzeń, za kogo wychodzi.

prawości. Im więcej jednak im dawał, tym więcej od niego żądali. Żerowali na ludziach i na ich życiu, wysysając duszę i siły. George zaakceptował to dawno temu. Zadowalała go funkcja klakiera, ale na Boga, istniały jakieś granice. Dla George'a granicą była jego żona. Ubrany wyłącznie w bokserki i niemodny prążkowany podkoszulek, Huff schodził po szerokich schodach. Chociaż starał się stąpać lekko, niektóre ze stopni skrzypiały, więc gdy znalazł się na parterze, czekała już tam na niego Selma, okutana w szlafrok zbyt gruby i ciepły jak na tę porę roku. - Potrzebuje pan czegoś, panie Hoyle? - Przydałoby mi się trochę cholernej prywatności w moim własnym domu. Nasłuchiwałaś z uchem przy ziemi? - Bardzo przepraszam za to, że się o pana troszczę. - Powiedziałem ci już dzisiaj tysiąc razy, że wszystko jest w porządku. - Nie jest w porządku, po prostu nie dopuszcza pan do siebie tej myśli. - Możemy o tym porozmawiać innym razem? Jestem w bieliźnie. - Przypominam, że to ja piorę tę pana bieliznę. Uważa pan, że widok pana odzianego w bokserki mnie osłabi? Poza tym, to wcale nie taki znów piękny obrazek. - Wracaj do łóżka, zanim wyrzucę cię z pracy. Z miną obrażonej primabaleriny Selma obróciła się na pięcie, aż zafurczały poły szlafroka, i zniknęła w ciemności na tyłach domu. Huff próbował wcześniej zasnąć, ale na próżno, leżał w łóżku czujny i rozbudzony. Nawet w czasie snu jego umysł nigdy nie wypoczywał, zupełnie jak piece hutnicze w fabryce. Pracował tak samo intensywnie w nocy, jak za dnia. W ten sposób rozwiązał już kilka wielkich problemów. Kładł się do łóżka z dylematem i następnego poranka budził się z odpowiedzią wymyśloną przez jego aktywną podświadomość. Dzisiejszej nocy dręczące go kłopoty były jednak szczególnie niepokojące i sen opuścił go zupełnie. Zamykając oczy, za każdym razem widział świeży grób Danny'ego. Choć ustrojony najpiękniejszymi wiązankami, był po prostu dziurą w ziemi i nie reprezentował sobą niczego dostojnego. Ściany sypialni zdawały się zamykać wokół Huffa niczym ubita ziemia wewnątrz grobu Danny'ego lub satynowe wyłogi jego trumny. Huff nigdy wcześniej nie doświadczył ataku klaustrofobii, zwłaszcza we własnym domu. Chociaż dysze klimatyzatora były skierowane na jego łóżko, pościel zwilgotniała od potu tak bardzo, że nie mógł zrzucić z siebie prześcieradeł, choć wierzgał i kopał nogami. Poczuł, że ma zgagę, zamiast więc leżeć tu i znosić cierpienia aż do rana, zdecydował się wstać i przespacerować. Może nocny spokój wiejskiego krajobrazu uspokoi go na tyle, że zaśnie. Otworzył drzwi wejściowe. W domu nie było systemu alarmowego. Nigdy też nie zamykano drzwi. Kto odważyłby się okraść Huffa Hoyle'a? Złodziej musiałby być niesamowicie odważny lub całkowicie szalony. Huff gardził Arabami, podobnie jak Żydami, Latynosami, czarnuchami i Azjatami. Podobał się mu jednak islamski kodeks sprawiedliwości. Gdyby złapał kogoś na kradzieży, obciąłby sprawcy rękę, a dopiero potem wydał go ospałemu systemowi sądowniczemu, który w dzisiejszych czasach mniej przejmuje się karaniem złoczyńcy niż ochroną jego cholernych praw obywatelskich. Sama myśl o tym smutnym stanie rzeczy pogorszyła zgagę Huffa. Odbiło mu się. Poczuł w ustach kwaśny posmak. Usiadł na werandzie w swoim ulubionym fotelu bujanym i zapalił papierosa. Z zadowoleniem wydmuchnął dym, wpatrując się w horyzont rozjaśniony światłami odlewni. Buchający z
mnie tam w niedzielę. Selma wie, że przez cały dzień nie wychyliłem nosa z domu. Sam byłeś ze mną przez kilka godzin. Nie widziałem się z Dannym ani nie zamieniłem z nim słowa od soboty rano, kiedy byliśmy razem w klubie. - Gdzie słyszano, jak kłóciliście się dosyć ostro. - Sprzeczaliśmy się o aut. Powiedz mi, kto się nie kłóci o punkty w tenisie? Jezu! - On też. - Co? Ach. - Chris skierował podmuch z otworów wentylacyjnych prosto na siebie, delektując się chłodniejszym powietrzem. - No dobrze. Danny uważał, że popełniłem bluźnierstwo, bo powiedziałem kilka uwłaczających zdań o jego świątobliwym Kościele. Był moim bratem, a ja uznałem, że kroczy niewłaściwą ścieżką. Miałem prawo do własnej opinii. - I do wyszydzania? Chris westchnął. Huff chciał, żebym wybadał Danny'ego, przywołał go do rozsądku, spróbował zawrócić z dotychczasowej drogi, Jeżeli byłem nieco sarkastyczny... - Świadkowie, o których wspomniał Scott, mówią, że wsiadłeś na niego dosyć ostro. No więc, jak to było? - Nie pamiętam dokładnie, co powiedziałem. - „Nie pamiętam dokładnie, co powiedziałem" to niezbyt dobra linia obrony w sądzie, Chris. Chris spojrzał na niego ostro. - W sądzie? - Jeszcze nie zrozumiałeś? Próbują wyjaśnić twoją rolę w tym zamieszaniu i to tylko kwestia czasu, kiedy umieszczą cię na obrazku jako osobę, która pociągnęła za spust, posyłając Danny'ego do piekła. - To się nie stanie, ponieważ mnie tam nie było. Beck spojrzał na niego twardym wzrokiem. - Nie radzę kłamać w rozmowie ze mną, Chris. Jeśli zrobi się z tego prawdziwa afera, nie chcę pojawiających się znienacka żadnych niespodzianek. - To co mam zrobić? Przysięgnąć na wszystkie świętości, na „jak babcię kocham"? - W porządku. Żartuj sobie, ile chcesz. Chris przestał się uśmiechać z wyższością. - Posłuchaj, zdaję sobie sprawę, że jesteś teraz w prawniczym nastroju. Tak jak powiedział Huff, płacimy ci za to, żebyś martwił się za nas. Nie wiem jednak, co takiego jeszcze mam zrobić, by przekonać cię o mojej nieobecności w domku rybackim w zeszły weekend. Ostatnim razem byłem tam z tobą, kilka miesięcy temu. Danny'ego widziałem ostatni raz, gdy zmierzał w kierunku przebieralni w klubie, w niedzielne przedpołudnie. Strasznie się wkurzył po naszej kłótni o te jego religijne nonsensy. Był niezwykle czuły na punkcie krytykowania religii, a ja poczyniłem kilka niewybrednych uwag na ten temat, więc owszem, wyszedł z klubu trochę najeżony. - A co z tobą? W jakim byłeś nastroju po waszym rozstaniu? Danny, zawsze bardzo uległy, nagle się postawił. Jak się wtedy poczułeś? - Przyznaję, zdenerwowało mnie to, że Danny zrobił z siebie idiotę na oczach tych wszystkich sekciarzy. Wielu z nich pracuje dla nas. Nie powinni sobie pomyśleć, że jesteśmy mięczakami, czy chodzi o Boga, czy o cokolwiek. Byłem zły. Żeby się uspokoić, przepłynąłem parę basenów, a potem odwiedziłem Lilę, gdy tylko zadzwoniła, że jest sama w domu. Resztę popołudnia spędziłem między jej mocnymi udami. To niesamowite, jak wiele frustracji mija, kiedy uprawia się seks z tak ostrą i gwałtowną partnerką, jak Lila. Jej wyobraźnia nie zna granic. - Oszczędź mi szczegółów.
- Co?
- Słyszałam, że wkrótce po wypadku pojechałeś do szpitala. - Masz dobre źródła informacji. - Wiem również, że żona tego mężczyzny odrzuciła twoją ofertę pomocy. - Przestań krążyć wokół tematu, Sayre. Słyszałaś o tym, że plunęła mi w twarz. Czy dlatego tu jesteś? Przyjechałaś, żeby napawać się tym faktem? - Nie. - A może po to, aby przypomnieć mi o niebezpiecznych warunkach pracy w fabryce? - O tym akurat powinieneś sam wiedzieć najlepiej, prawda? - Podajnik, który zranił Billy'ego Paulika, został wyłączony. - Na twoje polecenie. O tym także słyszałam. Beck wzruszył obojętnie ramionami. - Dlaczego nie zrobił tego George Robson? - Ponieważ... - Ponieważ jest tylko kukiełką, która nie robi niczego bez zgody Huffa. - Który był w tym czasie w szpitalu, dochodząc do siebie po zawale. A może już o tym zapomniałaś? - Jak zareagowali Huff i Chris na wieść o tym, co zrobiłeś? - Zgodzili się z moją decyzją. - Nie broń ich, Beck. Nie sądzisz, że umieszczenie George'a Robsona na stanowisku kierownika działu do spraw BHP to granda? Huff nie chce tam nikogo, kto by posiadał choć odrobinę sumienia lub zdrowego rozsądku. George Robson to tylko przykrywka, która ma zamydlić oczy OSHA. Czy jego dział ma w ogóle jakichś pracowników? - Owszem. - Sekretarkę i to wszystko. Żadnego wykwalifikowanego personelu, nikogo, kto dokonywałby rutynowych przeglądów. George na pewno nie robi tego sam. Czy został mu przyznany jakiś budżet? Nie. Władza? Zero. - Wprowadził w życie ustalone przez Huffa zasady. Sayre słyszała już o tym wcześniej. Wedle tych zasad, wadliwie funkcjonująca maszyna mogła zostać wyłączona i nie mogła zostać ponownie uruchomiona, czy to przypadkowo, czy też specjalnie, zanim inspektor posiadający klucz uzna ją za bezpieczną. - Tylko po to, aby uniknąć wysokiej grzywny - odparła. - Czy to prawo jest wprowadzane w życie? Beck odpowiedział jej długim spojrzeniem. - Tak myślałam. Tak zwany kierownik do spraw BHP zabiera tylko miejsce w Hoyle Enterprises. To wszystko. - Powinnaś się zmówić z Charlesem Nielsonem. - Kim? - Nieważne. - Popchnął huśtawkę bosą stopą. - Zatem przyszłaś, żeby porozmawiać o wypadku? - Nie. Chciałam zapytać o coś, co dręczy mnie od jakiegoś czasu. - Na brzuchu. - Słucham? - Kiedyś zapytałaś mnie, jak sypiam w nocy, i nigdy nie zdołałem ci odpowiedzieć. Zazwyczaj śpię na brzuchu. A tak przy okazji, jeżeli będziesz miała kiedyś ochotę się o tym przekonać, moje zaproszenie jest aktualne. Sayre zerwała się z huśtawki jak oparzona. Już przy poręczy schodów odwróciła się i spojrzała na niego.
Spiorunowała go wzrokiem.
Kiedy Mały Książę znowu pojawił się na swojej planecie, Róża była tym mile zaskoczona, ale starała się tego nie
- Możesz ją zacząć w każdej chwili. Tutaj.
- Kiedy zobaczyłem cię dzisiaj w jego biurze, myślałem, że padnę trupem. Dlaczego przyszłaś? - Tak jak powiedziałam jego asystentce, chciałam zaoferować mu swoje wsparcie. Jaki był cel twojej wizyty? - Chciałem się z nim spotkać osobiście - odparł gładko. - Pokazać mu, że ani ja, ani Hoyle'owie nie mamy rogów ani kopyt. Miałem nadzieję, że znajdziemy pokojowe rozwiązanie naszych problemów i unikniemy strajku. Chciałem wytłumaczyć mu, jak bardzo niepożądany byłby protest, zwłaszcza że robotnicy w fabryce otrzymują tygodniówki, nie wypłatę miesięczną. - Jesteś aniołem - odparła ironicznie. - Ile? - Ile czego? - Ile pieniędzy przyniosłeś ze sobą, żeby go przekupić? Zapaliło się zielone światło. Niewiele się namyślając, Sayre przeszła na drugą stronę. Gdy znalazła się na chodniku, Beck chwycił ją za ramię i zatrzymał w miejscu. - Wystarczająco dużo, żeby zapłacić za obiad. - Chcesz mnie zaprosić na obiad? - Zazwyczaj sama regulujesz swoje rachunki, ale tym razem to ja chciałbym zapłacić. Chyba że zjesz za dużo, a wtedy będę musiał cię poprosić, żebyś dorzuciła parę groszy. Uśmiechał się i spoglądał wyzywająco, lecz wzbudził w niej jedynie odrazę. Zamiast odczuwać zadowolenie z jego zainteresowania, zaczęła się zastanawiać, jak może być tak nieszczery. Ku swojemu własnemu zdziwieniu poczuła, że bardzo się zawiodła na Becku. - Chris powiedział mi o planach Huffa wobec nas. Przestał się uśmiechać. - Nie chciałabym, żebyś tracił swój czar, próbując mnie uwieść. Nie masz najmniejszych szans. A teraz przepraszam bardzo, ale mam jeszcze coś do załatwienia. Ominęła go i ruszyła chodnikiem. Beck jednak nie zniechęcil się i podążył za nią. - Zaproszenie cię na obiad nie ma nic wspólnego ze swatami Huffa. - Zejdź mi z drogi, Beck - powiedziała, gdy zastąpił jej drogę. - Spóźnię się. - Na co? - Z wizytą. Idę odwiedzić Billy'ego Paulika. Zaskoczyła go jej odpowiedź. Zatrzymał się na chwilę, dzięki czemu Sayre mogła oddalić się od niego o kilka kroków. - Zaczekaj, Sayre. Podwiozę cię. - Sama pojadę. Poza tym, nie sądzę, abyś był tam mile widziany. - Tak się składa, że mam mu coś do przekazania - poklepał teczkę. - Gdzie jest twój samochód? Moja półciężarówka jest bliżej - rzekł, gdy Sayre odpowiedziała na jego pytanie. Zaparkował pikapa w garażu wieżowca, znacznie bliżej niż ona. Sayre zaś bardzo chciała zdążyć do szpitala, zanim skończy się czas wyznaczony na odwiedziny. Klinika była dość blisko, lecz z powodu korków i niedostatecznej liczby miejsc parkingowych dostanie się na oddział intensywnej terapii, gdzie Billy Paulik dochodził do siebie po operacji, zajęło im pół godziny. Przez cały ten czas nie zamienili ani słowa. Na korytarzu stała Alicia Paulik. Rozmawiała z młodzieńcem w białym kitlu. Spostrzegła, jak Sayre i Beck wychodzą z windy i popatrzyła na mężczyznę z nieskrywaną wrogością. - Co ty tutaj robisz? - Przyszliśmy dowiedzieć się o stan Billy'ego - odparł spokojnie. - To Sayre Lynch. Pani Paulik zmierzyła Sayre od stóp do głów. - Lynch, co? Jesteś córką Huffa Hoyle'a. Szczerze mówiąc, nie dziwię ci się, że zmieniłaś nazwisko.
- W piątek, dwa dni przed śmiercią. - Opowiedziała Beckowi o telefonach, których nie chciała odebrać. - Przez resztę życia nie wybaczę sobie, że z nim nie porozmawiałam. - Przypuszczam, że nie zostawił wiadomości? - Nie, ale nie sądzę, by dzwonił do mnie z czystej tęsknoty. Myślę, że miał po temu poważny powód i nie mogę wrócić do normalnego życia, dopóki się nie dowiem, co nim powodowało. - To mogło być cokolwiek, Sayre - odparł miękko. - Owszem. Uwierz mi, moje sumienie już próbowało mnie przekonać, że to nie było nic istotnego, zwykły telefon w stylu „co u ciebie słychać". Wiedząc jednak to, co wiem o warunkach pracy w fabryce, tajemniczym zniknięciu Iversona i niedawnej kłótni Danny'ego z Chrisem, powinnam raczej założyć, iż chodziło o coś ważnego. - Popatrzyła na niego i westchnęła. - Beck, moja rodzina jest zdeprawowana i śmiertelnie niebezpieczna. Nie można pozwolić, aby bezkarnie niszczyła życie i dorobek ludzi. Ktoś musi ich powstrzymać. Byłam wściekła, kiedy kilka dni temu wyciągnąłeś mnie z samolotu, ale teraz muszę ci za to podziękować. Nie mogłabym żyć w zgodzie z własnym sumieniem, gdybym wróciła do domu bez satysfakcjonujących odpowiedzi na kilka trudnych pytań. - Co z twoją pracą? - Użył ostatniego argumentu, jaki miał w zanadrzu. - Czy nie ucierpi podczas twojej nieobecności? - Mogę stracić kilku potencjalnych klientów, którym bardzo się spieszy, ale większość zgodzi się odłożyć wykonanie projektów do czasu mojego powrotu. Tak czy owak, nie mogę zacząć prowadzić normalnego życia w San Francisco, wiedząc, że nawet nie spróbowałam wyprostować wszystkich tych okropności tutaj. - Przyjrzała się w zamyśleniu bąbelkom szampana w swoim kieliszku. - Chris chce, żebym zniknęła. Zastanawiam się dlaczego. Jego pragnienie pozbycia się mnie wzbudza moją podejrzliwość, przez co nie mogę wyjechać. - Spojrzała na Becka. - Zostaję. Zdawał się zaakceptować fakt, że nie potrafił przemówić jej do rozsądku. Westchnął z rezygnacją i wskazał palcem kryształowy kieliszek. - Dopij to. Nie ma sensu, żebyś marnowała najlepsze francuskie specjały. Upiła łyk i spytała: - Czy szampan jest częścią twojej strategii uwodzenia, Beck? Uniósł brwi pytająco. - Wolałabyś, żebym od razu przeszedł do rzeczy? Nasz gospodarz znajdzie nam dyskretny pokoik - dodał ciszej. - A ja bardzo chętnie się tobą zajmę. - Żebyś mógł potem czym prędzej pobiec do Huffa i pochwalić się, że wypełniłeś misję? - Sayre, chyba nie sądzisz, że mogłem odebrać jego sugestie inaczej niż jako czysty absurd, prawda? Uśmiechnęła się z żalem. - Chris rozkoszował się opowiadaniem mi o tym, jak to Huff znowu próbuje mną manipulować. To był coup de grãce[z fr. ostateczny cios] w jego kampanii przeciwko mojemu pobytowi w Destiny. Przy stoliku pojawił się kelner z przekąskami. - Czy możemy zapomnieć o tym wszystkim przynajmniej na tyle długo, żeby z przyjemnością spożyć obiad? - spytał Beck. Gdy skinęła głową na zgodę, gestem zaprosił ją, by spróbowala przyniesione jedzenie. Ugryzła kawałek pasztecika, który dosłownie rozpłynął się w ustach. - Co jest w środku? - spytał Beck. - Nie wiem, ale jest znakomite. Spróbował również i mruknął z aprobatą:
W tym momencie bratanek złapał go za nogawkę, podciągnął się do góry i stanął. Mark spojrzał na niego, ocze¬kując, że dziecko jak zwykle usiądzie mu na stopie, a tym¬czasem Henry...
Wzruszyła ramionami.
Nie nosiła żadnej biżuterii, była umalowana oszczędnie, a przecież przyćmiewała Ingrid, która nagle wydała się bar¬dzo pretensjonalna, ostentacyjnie wystrojona, sztuczna, lalkowata.
- Czyżby to pana obudziło? Mam kazać im przestać?
- Nie, ale co to ma...
- Dzień dobry - powiedział uprzejmie Mały Książę, lecz nie spodziewał się odpowiedzi.

©2019 anangka.na-kiedys.zagan.pl - Split Template by One Page Love